Skocz do zawartości

redaktor24

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    85
  • Rejestracja

Reputacja

10 Człowiek duch

O redaktor24

  • Tytuł
    Początkujący
  1. Lisa Wyrick obdarzona jest darem, który próbuje odrzucić. Widzi zmarłe dusze. Wraz ze swoją rodziną przenosi się do domku pod lasem by rozpocząć nowe życie. Kiedy jej córeczka zaczyna widzieć niejakiego pana Gordyego, sekrety starego domu zaczynają wychodzić na jaw. Chciałbym zaznaczyć, że nie do końca rozumiem powiązania z częścią pierwszą, oprócz tego że występują duchy udręczonych ludzi. Obie części praktycznie nic nie łączy. Czy nie można było zrobić odrębnego filmu? Mniejsza z tym. Nawet sam plakat pokazujący lewitującą dziewczynkę, przecież nie o tego typu nawiedzenie chodziło... Film idzie utartym schematem, rodzinka zamieszkuje w domu, który zaczyna nawiedzać duch staruszka, rozmawia rzecz jasna z małą dziewczynką. Jak po okruszkach pomału odkrywamy historię, która mnie osobiście skołowała w pewnym momencie, natłok ludzi i wydarzeń zapędził mnie w róg i nie wiedziałam o co chodzi, historia wprowadzała pewien chaos i moim zasadniczym pytaniem było kim właściwie jest Pan Gordy który pojawia się cały film, daje wskazówki a właściwie nic o nim nie wiemy. Chaos. Jednak trzeba przyznać tej historii ciekawy aspekt pomocy (jeżeli można ją takową nazwać) Afroamerykanom w trudnych dla nich czasach. Nie mogę produkcji nazwać nudą.... jest typowym horrorem, nie wnosi nic nowego do gatunku, co było absolutnym minusem to duchy, miałam wrażenie że są wycięte z papieru dosłownie 2D, całkowicie nie straszne, zresztą jak cały film. Dobrze się ogląda produkcje ze względu na aktorstwo, mała dziewczynka, którą osobiście znam z serialu "Revenge" świetnie odegrała swoją rolę czy też Chad Michael Murray, podobało mi się że jego postać ojca całkowicie wierzy w anomalie, wierzy że jego córka widzi duchy, wierzy że jego żona je widzi, taka postać w horrorach bywa zazwyczaj sceptyczna i wierzy w końcowych minutach obrazu. Film można obejrzeć, ale fajerwerków nie będzie. Nie porównam jej z częścią pierwszą, gdyż nie miały ze sobą wiele wspólnego. Gdybym miał go ocenić powiedziałbym.... typowy przeciętniak.
  2. Jeden z najbardziej szlachetnych gatunków filmowych. Tak, dokładnie, nie przewidzieliście się – szlachetny. Wyrosły z wartości popkulturalnych konstytuujących obecne kulturowe trendy, igrający z eskapistycznymi potrzebami widza masowego; niedoceniony, deprecjonowany, ale jednak – kochany, często najmocniej ze wszystkich, co jest solą w oku wszelkich oficjalnych gremiów filmoznawczych, dla których SF zwykł być gatunkiem podrzędnym, a przynajmniej niewartym dokładniejszych analiz, stawiania za kinematograficzny wzór. To raczej umiłowane dziecko widzów cinema paradiso, nie chowających głęboko swego przyrodzonego geekostwa, fascynujących się dziecięcym pierwiastkiem w sobie samym. Trudno też się dziwić takiej renomie. Mimo wielu przykładów zewsząd oklaskiwanych, tworzonych przez znamienitych twórców, to gro reprezentantów SF jest wyzbytych ambicji wyjścia poza schemat nie tyle gatunkowy, co szablon zadowalania widza. Starają się celować w poczucie kinowego funu, precyzyjnie uderzając w szczękę widza, aby ta potoczyła się po podłodze. Feeria efektów specjalnych, kostiumów, scenografii, wyimaginowanych światów, niezwykłych koncepcji – to wszystko, według zamiaru większości twórców kina sf, ma zaskoczyć, zafascynować, zachwycić. Powyższa generalizacja może uwypuklić to, co wyjątkowe w tym gatunku – to, co wyszło poza schemat, poza dotychczasowe doznania i oczekiwania. Co stanowiło wyjątek i zdefiniowało na nowo gatunek, jakby dorzucając do istniejącego słownika nowe definicje. Mam tu na myśli np. „Blade Runnera”, „Alien”, „Terminatora”, „2001 Odyseję kosmiczną”, „Gwiezdne Wojny”, „Matrix”, „Metropolis”. Były one tworzone w otoczeniu całej kupy filmów często złych, średnich, dobrych, a nawet bardzo dobrych, rimejków i sequeli, ale głównie takich, które gatunku nie rewolucjonizowały. No cóż, dlatego pokłony zawsze i wszędzie należą się ich twórcom. Do czego zmierzam? Bo strasznie boli mnie „Niepamięć”, która naprawdę miała szansę znaleźć się w gronie tych najlepszych, najznamienitszych reprezentantów gatunku. Miała wszelkie szanse i możliwości wyjścia poza blockbusterowy schemat. Powtarzam „miała”, więc domyślacie się, że nie doszła tam, gdzie byli choćby Wachowscy czy ostatnio Blomkamp ze swoim „Dystryktem 9”. Ale nie znaczy to, że jest źle. Wręcz przeciwnie – to świetny film. Przede wszystkim powiem Wam o swoich oczekiwaniach. Szczerze mówiąc przez dłuższy czas nie miałem ich zbyt wiele. Owszem, widziałem zwiastuny, widziałem plakaty, ale pozostawałem w stanie obojętności. Ot, „Oblivion”, klasyczny przedwakacyjny hicior za grube miliony z Tomkiem w roli głównej w filmie gościa, który ładnie odświeżył „Tron”. Dla jednych to powód do przebierania nogami ze zniecierpliwienia, inni, w tym ja, stali gdzieś obok, życzliwie spoglądając raczej na inne tytuły. Spływało to mnie, naprawdę. Kilka tygodni temu w sieci ukazał się pełny soundtrack i ten mnie autentycznie powalił. Wiem, że to zrzynka z „Sunshine”, ale M83 stworzyło tak kapitalną ścieżkę dźwiękową, że nie wychodzi ona z mojego odtwarzacza (hmmm… trio: komputer, smartfon, samochód) od dłuższego czasu. Fascynacja soundtrackiem w jakiś sposób przerzuciła się na oczekiwania wobec filmu – tak cudna muzyka, tak znakomicie obrazująca fantastyczne tło, mająca taki potencjał w sobie (ha, wyobraźnia pracowała!) nie mogła trafić do złego filmu. I rzeczywiście – nie trafiła. W myślach życzyłem sobie powtórki z Vangelisa i „Łowcy androidów” – dobrze wiecie, o jaki magiczny konglomerat obrazu i dźwięku chodzi. W „Niepamięci” od samego początku muzyka jest słyszalna, wyraźnie obecna, choć nie aż tak, jakbym chciał. Tutaj natrafiła bowiem na godnego siebie przeciwnika: stronę wizualną. „Niepamięć” jest cudownie nakręcona. Nie chodzi tu tylko o jakość efektów specjalnych, o których wystarczy powiedzieć, że są doskonałe. Ale ten film to wspaniałe doznanie estetyczne – bardzo plastyczne kadry, umiejętnie ograna kolorystyka, minimalizm dekoracji i – co najważniejsze – niewiele efekciarstwa związanego z eksploracją postapokaliptycznego świata. Co prawda jest tu kilka wymownych obrazków Nowego Jorku po zagładzie atomowej, niemniej nie w nich zasadza się moc, bo ta tkwi w odpowiedniej kompozycji obrazu i roli, jaką spełnia tło. To nie rozbuchany Emmerich. Kosinski wraz Claudio Mirandą (kolejna, po „Życiu Pi”, genialna robota tego operatora!) penetrują pustynne pustkowia, które niegdyś były miastem: tylko czasami widać architektoniczne szczegóły, nad którymi jednak się nie rozwodzą (plakaty trochę mylą). To bardzo spójna wizja, bo nie idąca ani w tanie efekciarstwo, ani w przesadzony futuryzm, ani w postnuklearne wizjonerstwo.„Oblivion” wygląda klasycznie, ale jednocześnie bardzo wyjątkowo. Ten film domaga się jak największego ekranu, jak najlepszego udźwiękowienia – nie żałujcie kasy na bilet do kina i potem na blu-raya. To prawdziwa uczta dla zmysłów. A dla ducha? Jeśli czytaliście już recenzje, to wiecie, że większość krytyków skupia się na narzekaniu na schematy gatunkowe, którymi wypełniono scenariusz „Niepamięci”. To wszystko prawda, bo widać w nim echa „Mad Maxa”, „Moon”, „Matrixa”, „Wall-E” i wielu klisz dramaturgicznych, którymi przesiąknięte jest kino popularne, a po które chętnie sięga Kosinski. Co z tego jednak? Zeszłoroczny „Dredd” również nie proponował niczego nowatorskiego, a potrafił zafascynować swoim oldschoolem. Tutaj jest podobnie – rewelacyjnie zrealizowane sceny akcji (strzelanki, wybuchy, lasery, drony, pościgi), bohaterowie dobrzy i źli; prawda, która wyjdzie na jaw, twisty, lekko patetyczne poświęcenie i nadzieja. To obowiązkowe punkty, których obecność jest spodziewana. Ich widok absolutnie nie irytuje – historia jest zgrabnie poprowadzona, rozwinięta i zakończona. Czasem intrygująco, czasem zaskakująco, czasem dosłownie, czasem banalnie. Nic zdrożnego, nic rewolucyjnego. Innymi słowy jest tak, jak być powinno w ambitnym letnim blockbusterze. W zeszłym roku mieliśmy „Avengersów”, w tym roku podobną frajdę sprawia „Niepamięć” – zaskakując solidnością, nawet w prezentowaniu oklepanych rozwiązań fabularnych. Do beczki miodu wrzućmy łyżkę dziegciu. Jedyne co kładzie ten film, a przynajmniej nie pozwala mu wznieść się wyżej, gdzie miałby idealne miejsce do okultowienia, to obsada. Lubię Toma Cruise’a i mam gdzieś jego obyczajowo-religijną niefrasobliwość. Facet potrafi grać, ale „Niepamięć” przeszedł obok. Być może to wina takiej a nie innej konstrukcji scenariusza i jego postaci w całej fabule (nie chcę spojlerować), niemniej brak mu wyrazistości, wyjątkowości, jakiejś unikalnej cechy. Łatwo wyobrazić sobie w tej roli kogoś innego np. Di Caprio, Bale’a, Gordona-Levitta – już takie dywagacje nie świadczą o Tomku najlepiej. Morgan Freeman, występujący na plakatach obok Cruise’a, tak naprawdę niewiele ma do zagrania i jest po prostu Morganem Freemanem, czyli kimś między Bogiem, mędrcem i życzliwym doradcą. Dość negatywnie można ocenić rolę Olgi Kurylenko, która z niewiadomych przyczyn pojawia się na ekranach coraz częściej – jedzie na jednym, tym samym biegu, bez żaru, bez emocji. Jej oponentka, mało znana Andrea Riseborough, jest zdecydowanie ciekawsza – gorliwie wykonująca pracę i widząca swoje miejsce choćby w życiu Tomka. Ale to też nic wyjątkowego. Czyżby scenariusz nie dawał większych szans na rozwinięcie skrzydeł? Być może, tym bardziej, że żadna z tych postaci nie psuje scen, tylko poprawnie się w fabułę wpisuje, jednak bez ambicji wykreowania osobowości. Ripley, Deckard, Neo – o nich elaboraty powstały i wciąż powstają, bo bez ciekawych bohaterów, przerastających fabułę, nie mam mowy o wybitności. Za osobowościami idą większe emocje i zwyczajna empatia, a tych również „Niepamięć” nie wywołuje zbyt wiele. Szkoda. Mimo rozczarowującego aktorstwa „Niepamięć” to i tak najlepszy blockbuster SF w ostatnim czasie. Nie tyle warto docenić audiowizualne fajerwerki – pod tym względem film jest arcydziełem – ale zabawę gatunkiem, jakim jest science-fiction. Ze wszystkimi jego zaletami: kreowaniem alternatywnych światów, wyśmienitą akcją, bezpretensjonalnością, ale i wadami, jak np. fabularne szablony, które w tym przypadku, przynajmniej mnie, absolutnie nie raziły. Polubić łatwo, pokochać trudniej, ale fantastyczny romans wyjdzie na zdrowie.
  3. Jeżeli oglądaliście „Jay i Cichy Bob kontratakują”, to doskonale wiecie, jak układa się współpraca na linii Gus van Sant – Matt Damon, oraz jak wygląda reżyserowanie przez kopistę słynnej „Psychozy”. Ale teraz na poważnie, nie spodziewajcie się tutaj dzieła na miarę „Buntownika z wyboru”, zresztą mam wrażenie, że „Promised Land” nawet do tego miana nie aspirował. Akcja w „Promised Land” jest powolna, wręcz ślamazarna. Gus van Sant, co zrozumiałe, narzucił filmowi swój styl, a więc jest spokojnie. Nie wykluczam, że dla niektórych nawet zbyt spokojnie. Historia jest jakby opowiedziana półszeptem, bez większego wysiłku. Tak, jakbyśmy siedzieli na sielskiej polanie w małym miasteczku i podziwiali miniaturowe konie. Być może ten obraz wyglądałby inaczej, gdyby Matt Damon zrealizował swoje pierwotne założenie i uczynił z tego filmu swój reżyserski debiut. Tak się jednak nie stało, a ja nie podejmę się oceny tego, czy to dobrze, czy źle, bo bardzo lubię tę flegmatyczność urodzonego w Louisville reżysera. Matt Damon i John Krasinski napisali bardzo współczesną, mocno osadzoną w rzeczywistości tu i teraz, dotykającą tak naprawdę nas wszystkich, historię. A rzecz się rozchodzi o gaz łupkowy, problem bardzo dobrze znany także w naszym kraju, gdzie do sierpnia 2012 roku Ministerstwo Środowiska wydało 111 koncesji na poszukiwanie alternatywy dla surowca od Gazpromu. Posiłkując się dalej danymi z Wikipedii, globalny rynek gazu z łupków w roku 2011 był warty 27 miliardów dolarów. I wartość ta z pewnością rośnie. Wydobywanie gazu łupkowego nie odbywa się bez kontrowersji. Są to wątki poruszone w filmie, czyli możliwość zatrucia wód gruntowych podczas szczelinowania oraz szkodliwość łupków dla zwierząt, a nawet ludzi, co w styczniu 2012 roku, na podstawie badań 24 gospodarstw rolnych, stwierdzili badacze z Uniwersytetu z Massachusetts. W polskich mediach problem gazu łupkowego praktycznie nie istnieje, tylko czasem pojawi się jakaś lakoniczna informacja. W Stanach Zjednoczonych to wygląda jednak zupełnie inaczej, tam pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami gazu trwa prawdziwa walka. Jak opowiadał Matt Damon na konferencji prasowej tego obrazu podczas Berlinale, bywało, iż na plan zdjęciowy w Pensylwanii przybywali zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy łupków, i wszyscy mieli nadzieję, że to właśnie ich racja zostanie pokazana w filmie jako ta słuszna. Ja od tej całej dyskusji się odcinam, mam za małą wiedzę w tej materii, aby móc opowiedzieć się po jednej, lub drugiej stronie, jednak trzeba zaznaczyć, że w przypadku „Promised Land” mamy do czynienia z obrazem, który powstał na wyraźne zamówienie jednej ze stron. Której? Fakt, że film powstał m.in. z pieniędzy pochodzących ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czyli kraju ropą płynącym, czyni z niego propagandową broń w rękach przeciwników łupków. Porzućmy jednak politykę i wróćmy do tego co nas wszystkich bardziej interesuje, czyli do filmu. Scenarzyści obrazu postanowili samych siebie obsadzić w głównych rolach męskich, oczywiście po przeciwnych stronach barykady. Steve Butler (Matt Damon) na pierwszy rzut oka to dobry chłopak, a do tego wszystkiego, jak dowiadujemy się na początku filmu, jest niezwykle skuteczny w swojej robocie, dlatego po wykonaniu ostatniej misji czeka na niego awans. Jako, że sam pochodzi z małego miasteczka doskonale rozumie mieszkańców i potrafi ich przekonać, że godząc się na wydzierżawienie ziemi firmie Global otrzymają pieniądze tak naprawdę za nic, a przecież pieniądze są im niesamowicie potrzebne, ot chociażby po to, aby zabezpieczyć przyszłość swojego dziecka, lub aby sprawić sobie sportowy samochód, a co! Kto bogatemu zabroni? Przecież gaz łupkowy ma zapewnić wszystkim zyski idące w miliony! Steve to swój chłop, umie się porządnie zabawić budząc się rano w domu ładnej nauczycielki, ma gest stawiając wszystkim w barze kolejkę, więc jak go tutaj nie kochać? Z drugiej strony sprawia jednak wrażenie znużonego swojego pracą i jakby coraz mniej wierzącego w to co mówi. Dopada go wypalenie, jego wdzięk i ciągle ta sama gadka w coraz mniejszym stopniu działają na miejscowych. Właśnie wtedy do akcji wkracza Dustin Noble (John Krasinski). On jest taki sam jak Steve, tylko, że… lepszy! Do tego ma w sobie więcej wigoru i energii. Dustin jest ekologiem, pojawia się w miasteczku dokładnie wtedy, gdy gazowi sprzeciwia się emerytowany naukowiec, obecnie będący nauczycielem. O tym, czy miasteczko zgodzi się na odwierty firmy Global zadecyduje referendum, a młody ekolog jest na dobrej drodze, aby osiągnąć swój cel. Steve i jego współpracownica Sue (świetna Frances McDormand!) nawet dają mu łapówkę, którą ten wykorzysta w zupełnie innych celach niż się „gazownicy” spodziewali… Walka pozornie toczy się o czyste środowisko, tylko kto tak naprawdę ma czystsze intencje? Wielu recenzentów narzeka na wątek miłosny, a szczególnie na rywalizację o nauczycielkę Alice (Rosemarie DeWitt) pomiędzy Stevem a Dustinem. Problem w tym, że tej rywalizacji… praktycznie nie ma. Bo jedno wyjście na piwo ekologa z nauczycielką trudno nazwać staraniami o jej względy. Jej relacje z bohaterem kreowanym przez Matta Damona są już zdecydowanie bardziej wyraziste i wiadomo, o co w nich chodzi. I tutaj faktycznie, można czepiać się tego czy jest to wątek potrzebny, czy zupełnie zbędny. Moim zdaniem, w żadnym stopniu nie zawadza, tylko pokazuje, że Steve ma uczucia, jest człowiekiem z krwi i kości, a nie korporacyjną maszyną z wyuczonymi na pamięć formułkami. Najdobitniej świadczy o tym scena, gdy Steve, po „wzruszającej” przemowie pokrzywdzonego przez Global Dustina, wychodząc z pubu rzuca do Alice zdanie „nie jestem złym człowiekiem”. „Promised Land” to film, który bardzo dobrze się ogląda, w dodatku całość jest dobrze napisana i przyzwoicie zagrana. Na pochwałę zasługują również zdjęcia, mnie szczególnie urzekły te ukazujące z lotu ptaka samochodowe podróże bohaterów. Ale nic więcej. Nie łudźmy się: nie jest to ani najlepszy film Gusa van Santa, ani nie jest to najlepsza rola Matta Damona – co próbują nam wmówić marketingowcy na plakacie. Zresztą wiara w hasła z plakatów filmowych jest porównywalna do wiary w dziewictwo aktorek porno. W Stanach Zjednoczonych obraz ten okazał się klapą, podobnie w Polsce. Sukcesu nie zapewniło nawet zakwalifikowanie do festiwalu filmowego w Berlinie. I na drugi raz Gus van Sant powinien lepiej zadbać o casting, bo to chyba źle, gdy aktorka mająca za zadanie zauroczyć głównego bohatera, wypada gorzej od obecnej gdzieś na dalszym planie, żeby nie powiedzieć statystującej, uroczej blondynki, Sary Lindsey.
  4. „Olimp w ogniu” Antoine’a Fuqua budzi nostalgię za czasami, gdy na filmy akcji chodziło się do kina z wypiekami na twarzy, a nie z obawą, że za miesiąc zapomnimy, o czym był dany tytuł. Przełom lat 80-tych i 90-tych przyniósł wysyp tego typu produkcji, w których jeden bohater w bezpardonowy sposób rozprawia się z przeważającymi siłami wroga, aby na końcu zmierzyć się z ich przywódcą, najczęściej w bezpośrednim pojedynku. Te lepsze filmy często wychodziły poza utarty schemat, bądź odznaczały się taką perfekcją realizacyjną i fantazją reżysera, że trudno je było zignorować. Gatunek kina akcji wyparł tradycyjny kiedyś film sensacyjny zamieniając go w feerię wybuchów, pościgów, strzelanin i krwawych mordobić, lecz wraz z początkiem nowego millenium szybko zaczęto odchodzić od takiego wzorca. Przyszła „Tożsamość Bourne’a”, która zaproponowała nowe podejście, tak do bohatera, jak i sposobu realizacji. Również światowy terroryzm i wydarzenia z 11 września pomogły (a raczej zmusiły) zmienić ówczesne myślenie o filmowej przemocy i hollywoodzkich herosach. Ale czas leczy rany. Nowa dekada, starzy znajomi. Niezniszczalni Schwarzenegger, Stallone i Willis wrócili, zaś archetyp jedynego sprawiedliwego, który tylko siłą swoich rąk i wyjątkową celnością sprawi, że sprawiedliwość zwycięży, żyje do dziś, czego najlepszym dowodem „Jack Reacher: jednym strzałem” z Tomem Cruisem. Nie są to jednak filmy na poziomie tamtych sprzed 20 lat – w jednych za dużo ironii i mrugania okiem, inne zaś rażą taniością, bądź brakiem reżyserskiego doświadczenia. Często też dzieje się w nich zdecydowanie za mało. Ale oto nadchodzi „Olimp w ogniu”, który z potrzebną powagą i widowiskowością dostarcza więcej niż można się spodziewać po klonie „Szklanej pułapki”. Były komandos Mike Banning jest szefem ochrony samego prezydenta USA, lecz po fatalnej w skutkach akcji ratunkowej, został przeniesiony do Departamentu Skarbu. Posada biurowa nie stępiła jednak jego zabójczych umiejętności i gdy Biały Dom zostaje zaatakowany przez kilkudziesięciu terrorystów z Korei Północnej, tylko Banning jest w stanie dostać się do opanowanego przez nich budynku i uratować więzionego prezydenta. Prawda, że podobne? Ale jednak zmiana miejsca akcji, uczynienie z Białego Domu centrum wszelkich działań bojowych przynosi niebywałą korzyść filmowi Fuqua. Skala jest większa, stawka również, lecz dochodzi jeszcze znaczenie, jaki ten budynek ma dla wszystkich ludzi. Atak na Biały Dom uderza w uczucia patriotyczne Amerykanów, ale to nie znaczy, że reszta świata patrzy na to bez emocji. Zostaje zagrożona nie tyle budowla, ile symbol. I choć można śmiać się ze sposobu, w jaki „Olimp” broni takich pojęć jak „wolność” i „demokracja”, czy z ujęcia wyrzuconej flagi amerykańskiej (ile można?!), to dla wielu również nie-Amerykanów rozrywkowość takiego kina nie przesłoni im wartości, które wyznają, a które odnajdą na ekranie. Nic więc dziwnego, że głównego bohatera mógł zagrać Szkot, Gerard Butler. Sam Butler jest stworzony do filmów akcji i osobiście nie rozumiem, czemu wzbrania się przed częstszymi w nich występami. W „300” zagrał rolę życia, nieustraszonego Leonidasa, a potem przerzucił się komedie romantyczne, sporadycznie pojawiając się w kinie sensacyjnym, bez większych sukcesów. Nie jest to równy aktor, często wydaje się nietrafiony, ale u Fuqua nie zawodzi. Jego Mike Banning jest twardy, bezlitosny, a przy okazji wciąż cierpiący za decyzję, którą zmuszony był podjąć w bardzo trudnej sytuacji. Brak mu humoru i luzu Johna McClane’a, ale nie wymagajmy zbyt wiele od ostatniej deski ratunku amerykańskiej demokracji. Jest i tak lepszy od Willisa ze „Szklanej pułapki 5”. W Prezydenta wciela się Aaron Eckhart, który nie ma za dużo do grania – przez pół filmu siedzi związany, gdzie biją go, albo krzyczą na niego. Morgan Freeman jako pełniący obowiązki prezydenckie budzi szacunek i posłuch. Czyli jest Morganem Freemanem z dziesiątków innych filmów. Czarny charakter gra Rick Yune, który ma wystarczająco złowrogie spojrzenie, perfidny uśmieszek i niski głos, aby życzyć mu szybkiego końca. Antonie Fuqua kręci „Olimp w ogniu” bez dłużyzn, z właściwą dla tego gatunku wrażliwością – trup ściele się gęsto, jest krwawo, ale bez przesady charakteryzującej przygody Niezniszczalnych. Reżyseria jest solidna, choć daleka do maestrii McTiernana czy Donnera. Fuqua lepiej sprawdza się w realistycznym kinie policyjnym (jego „Dzień próby” i „Gliniarze z Brooklynu” to jedne z lepszych filmów sensacyjnych ostatnich lat), niż w superprodukcjach. Potrafi jednak zadbać o szybkie tempo i widowiskowość. Niestety, można mieć pretensje do odpowiedzialnych za komputerowe efekty specjalne – zwłaszcza sceny lotnicze rażą sztucznością, choć sama sekwencja ataku na Biały Dom ma w sobie dużo energii i gwałtowności. Scenariusz debiutantów Creightona Rothenbergera i Katrin Benedikt niczym nie zaskakuje, nawet gdy chce nam sprzedać jakiś twist. Niekoniecznie jest to zarzut – wyjście poza schemat jeden przeciw wielu mogłoby nie spodobać się fanom gatunku. Ostatecznie jest to film o przejęciu, a następnie próbie odbicia Białego Domu i znajdującego się w nim prezydenta. Nie trudno przewidzieć, jaki będzie jego finał. „Olimp w ogniu” sięga po sprawdzone wzorce i robi wszystko, aby zaspokoić tych, dla których powstał. Jednak jakościowo bliżej mu do najlepszych dokonań Stevena Seagala niż do trzech pierwszych „Szklanych pułapek”, co również nie musi być zarzutem. Ja tam lubię oba „Liberatory”. PS. Za dwa miesiące wchodzi inny film, w którym Biały Dom zostanie zaatakowany przez terrorystów. „Świat w płomieniach” reżyseruje specjalista od apokalipsy na ekranie czyli Roland Emmerich, zaś w rolach głównych występują Channing Tatum i Jamie Foxx. Znając Emmericha i jego zamiłowanie do demolki z siedziby prezydenta USA nie zostanie nawet cegła na cegle.
  5. W nieodgadniony nam sposób do normalnego świata wraca Sharon, nastolatka żyje z ojcem. Po nocach śnią jej się koszmary, które nawołują ją aby powróciła do Sailent Hill. Rodzina próbuje trzymać się z daleka od tego miejsca, jednak kiedy ojciec zostaje uprowadzony jest tylko jedna możliwość aby stawić czoło koszmarom sennym i odzyskać ojca. Podróż do Sailen Hill. Ta część kultowej serii Sailent Hill jest dla mnie absolutną klapą na każdym poziomie. Twórcy filmu wyraźnie starali się za bardzo, czasem pomimo że starasz się za mocno pewne rzeczy i tak nie chcę do siebie pasować. Kontynuacja jednego z moich ulubionych horrorów jak dla mnie to dno. Od pierwszych minut filmu jesteśmy dosłownie bombardowani sailent hillem, potwory non stop. Jeszcze nie znaleźli się w potępionym mieście, to w centrum handlowym, bach ludzie bez twarzy. Przytłoczenie sprawia że widza zaczyna to męczyć a co najgorsze nie wprowadza to żadnego klimatu grozy. Istna gra, tylko wyciągnij giwerę i strzelaj do tych cudaków. Historia naciągnięta do granic możliwości, jak można idealnie ułożoną historię poszerzyć i tym samym naciągnąć ją i zepsuć? Ja się pytam dlaczego? Aktorstwo... Adelaide Clemens grająca Alesse, Chryste jakim cudem przeszła jakiekolwiek castingi, jaki kretyn obsadził kogoś tak pozbawionego emocji i z tak irytującym jednym, cierpiącym wyrazem twarzy w tej produkcji? Nawet sam Sean Bean swym kunsztem nie pasował do tego chłamu. I kretyńskie zachowania, rano w szkole cię poznałem a po południu już zależy mi na tobie i będę cię chronił żeby nie wiem co bo zależy mi na tobie. WTF? Weźcie się wy wszyscy po amerykańsku zastrzelcie, bo jeżeli powstanie jeszcze jedna część Sailent Hill, również doszczętnie niszcząc genialną jedynkę to sama się zastrzelę. A no tak, wypada wspomnieć o plusach, muzyka, ale żeby jej posłuchać wystarczy obejrzeć część pierwszą i już na niej poprzestać.
  6. W maleńkim miasteczku o nazwie Cold Rock po zamknięciu kopalni życie zaczyna umierać i nie jest to najgorszy problem, po mieście grasuje postać która otrzymała miano Tall Man'a i porywa dzieci. Każdy rodzić musi bacznie obserwować swoje pociechy bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie po nie porywacz. Film obsadzony małą śmietanką aktorską złożoną głównie z pięknej Jessici Biel jak i dziewczynki w horrorze urodzonej Jodelle Ferland. Reżyser filmu "Martrys" serwuje nam dość oryginalny obraz. Przed seansem podeszłem do niego dość sceptycznie, pomyślałem że za pewne będzie on przerysowany, a sama nazwa Tall Man kojarzyła mi się raczej z boogeymanem. Zacznę od pozytywów a mianowicie akcja, na samym początku filmu widz może odnieść wrażenie że za wiele akcji nie będzie, senne miasteczko w którym nawet picie kawy powoduje ziewanie, giną dzieci w niejasnych okolicznościach, mdłe rozmowy, ale kiedy po ok. 15 minutach zaczyna się akcja, trwa ona do samego końca. Nasza główna bohaterka pielęgniarka Julia pewnej nocy budzi się, schodzi do kuchni i widzi swoją przyjaciółkę leżącą i skrępowaną w kuchni, podczas próby rozwiązania jej zauważa wysokiego, ubranego na czarno człowieka który wykrada jej syna, zaczyna się pościg który przy okazji jest bardzo ekscytujący! Pełen podziwu oglądam walcząca Julię, która po prostu była nie do zdarcia. Gigantycznym plusem była wielowątkowość, na początku myślimy że fabuła jest bardzo odgrzana i schematyczna, jest porywacz, trzeba go zdemaskować i odzyskać pociechy, nic bardziej mylnego. Zwrot akcji w pewnym momencie to dobre 190 stopni. Reżyser na chwilę nawet pozwala nam myśleć że w spisek zaginięć wplątane jest całe miasteczko, a to jednak najbardziej niewinna z "matek" stoi za zniknięciami. Zawiłość historii nie pozwala nam spuścić na chwilę oczu z trwającego obrazu bo w głowie cały czas pojawia się pytanie "po co oni kradną te dzieci?!" I nie mam zamiaru tego zdradzać, powiem jedynie że podobał mi się koncept, moja siostra była rozczarowana zakończeniem, a jej zdanie bardzo się dla mnie liczy, jeżeli chodzi o mnie w pełni mnie zadowoliło. Film przez cały czas trwania zmienia pogląd widza na całą sprawę, bo pomimo tego że porywano dzieci, co jest okrucieństwem strasznym, robiono to z czystym zamiarem. Jeżeli chodzi o minusy hmm, szczerze to żadnych nie wymienię, film to nie arcydzieło, jednak bardzo dobrze się ogląda, porusza dość osobliwy problem, czym właściwie jest "najwyższe dobro dla dziecka". W sam raz na raz jak najbardziej polecam.
  7. Da się jeszcze zarobić chociażby kilka $ na uploadowaniu plików?
  8. Zawsze podziwiałem wyczucie Koterskiego. Tę intuicję, która nigdy nie pozwoliła mu przekroczyć żadnej z granic, na których balansował. A przecież balansował od zawsze. Styl Koterskiego, zupełnie unikalny i niepowtarzalny, to mieszanka dosłowności i subtelności, wulgarności i wysublimowania, kiczu i sztuki wyższej, komedii i dramatu. A wszystko to perfekcyjne formalnie, napisane tym na pozór niechlujnym, miauczyńskim językiem, którym przynajmniej od połowy lat 90. mówi polska ulica. Jednocześnie Koterski zawsze poruszał się w kręgu podobnych tematów. Pochylając się nad sfrustrowanym inteligentem (za każdym razem mężczyzną), pisał o codziennej paranoi, poczuciu niespełnienia, nieudolnym poszukiwaniu szczęścia, wreszcie: pisał o Polsce z punktu widzenia kogoś, kto został przez nią wyrolowany. Przez właściwie wszystkie filmy Koterskiego w mniejszym ("Wszyscy jesteśmy Chrystusami", "Dzień Świra") lub większym ("Nic śmiesznego", "Porno") stopniu przewijały się też kobiety, rozbite związki, seks, relacje między płciami i poszukiwania Tej Jedynej. I choć w najnowszej odsłonie "przygód" Adasia Miauczyńskiego kobieta to element centralny i temat przewodni wszystkich dialogów, to Koterski i tak po raz kolejny nakręcił film o facetach. Ich frustracjach, rozczarowaniach i oczekiwaniach. Przez ponad dwie dekady Koterski opowiadał o mężczyznach po przejściach, po bolesnych rozstaniach i rozwodach. O tych, którzy nigdy nie odnaleźli "swojej Eluni" i rozpaczliwie jej szukają. Beznadziejna pogoń za ideałem to motyw obecny w całej twórczości reżysera. Tym razem jest inaczej. Adaś (Adam Woronowicz) i Pucio (Robert Więckiewicz) - główne postaci filmu "Baby są jakieś inne" to mężczyźni ustatkowani. Choć żaden z nich już nie szuka, to i tak obaj są wkurwieni. Wkurwieni na kobiety, zarówno te swoje, jak i na cały "damski ród". Rzeczonemu wkurwieniu panowie dają wyraz prowadząc przez bite półtorej godziny serię dialogów na temat różnic pomiędzy płciami i wzajemnego niezrozumienia. "Baby..." to film z fabułą właściwie umowną - zastajemy bohaterów rozprawiających w samochodzie.. Nie wiemy, kim są (z czasem dostajemy jedynie szczątkowe informacje dotyczące ich życia) ani dokąd jadą. Jest noc, a panowie mają mnóstwo czasu na wylanie swoich żali, co jakiś czas zatrzymując się na stacji benzynowej lub na poboczu. I tu nasuwa się pytanie: czy historia, którą oglądamy w "Babach..." to na pewno materiał na pełen metraż? Mam wątpliwości. Po pierwsze: dialogi, mimo, że napisane ze swadą i tradycyjnie dla tego reżysera żartujące z języka, którym na co dzień posługują się Polacy, są mocno nierówne. Te błyskotliwe i wypełnione bystrymi obserwacjami sąsiadują z niepotrzebnymi, banalnymi i przesadnie wypełnionymi bluzgami. Charakterystyczne odjazdy, które Koterski umieszczał w swoich filmach (vide: "czarny Olek" w "Nic śmiesznego", defekacja pod oknem sąsiadki w "Dniu świra", czy gotowanie psa w "Chrystusach"), były bardziej lub mniej zabawne, ale zawsze intrygujące. Tym razem reżyserowi zdarzyło się przegiąć, czego przykładem niech będzie scena o dźwiękach damskiej defekacji i gazach płci pięknej - żenada, która ciągnie się wystarczająco długo, by wywołać facepalm na twarzy niejednego widza. "Baby są jakieś inne" byłyby znakomitym materiałem, ale nie na pełen metraż. Pomysłów i dialogów dobrych i bardzo dobrych starczyłoby tu co najwyżej na półgodzinną etiudę, zwartą, bystrą i zabawną. Zamiast niej dostajemy nieco dłużącą się, nudną i przegadaną kobyłkę. Pełno w nim zapychaczy, takich, jak cytowanie dowcipów z brodą do kolan czy powtarzanie żartów obecnych we wcześniejszych filmach Koterskiego ("Nidżer" z "Bab..." i "Murzynka" z "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"). Na szczęście nie zawiódł casting - acz aktorów wypowiadających tu choć jedno zdanie z podmiotem i orzeczeniem policzyć możemy na palcach obu rąk. "Baby..." nie są więc, podobnie, jak poprzednie filmy Koterskiego, wypełnione drobnymi rólkami znanych aktorów. Tu wszystko opiera się na dialogu pary głównych bohaterów, nasza uwaga skupiona jest prawie całkowicie na Więckiewiczu i Woronowskim, którzy - co tu dużo gadać - pokazali klasę. Zwłaszcza ten pierwszy, w roli obcesowego wrażliwca Pucia. Im więcej zmarszczek na twarzy Więckiewicza pokazuje nam oświetleniowiec, tym lepiej się go ogląda. Bodaj szóstym z kolei Miauczyńskim jest Adam Woronowicz. Tym razem ulubiona postać reżysera to facet bardzo racjonalny i jednocześnie delikatny, nieco wycofany. To Adaś może mniej barwny, niż ten, którego grali Pazura czy Kondrat, ale nie to jest tu najważniejsze. Najistotniejsze, że obaj panowie stworzyli świetny duet i znakomicie znaleźli się w dziwacznym języku Koterskiego. Czuć między nimi chemię - to jeden z najlepiej odegranych filmowych duetów, jakie widziałem w nadwiślańskim kinie.
  9. Z tego co ja wiem, to egofiles nalicza chyba tylko pobrania z IP PL Ale miało się to ponoć zmienić i serwis miał wyjść na przeciw globalnej sieci. A może już to zrobił.... Nie, jeśli skończy Ci się premium to na pewno uzbierane pkt czy $ zostają. Doładować się możesz kiedy chcesz, konto będzie dalej aktywne tylko po prostu jako free user a nie premium Nie wiem jak na egofiles ale na catshare (ten sam właściciel) pobieranie premium nie nabija $....
  10. Idąc do kina na „Syberiadę polską” można pójść różnymi drogami. Z punktu widzenia miłośnika historii film Janusza Zaorskiego obiecuje wiele dobrego, ciekawego i dotychczas niezbyt chętnie pokazywanego. Z punktu widzenia repatriantów, których jest sporo (Kluby Sybiraka w każdym mieście), „Syberiada” ma przywołać koszmar, ale jednocześnie pokazać postawy tych, którym przeżyć się udało. Pojawią się też w kinie osoby kompletnie nie znające tego kawałka historii, ale zaglądające częściej lub rzadziej do kina – one też będą miały swoje oczekiwania, szczególnie wobec atrakcyjności ważnego przekazu. Pojawią się też tacy, którzy mają konkretne skojarzenia na wieść o „nowym, polskim, wielkobudżetowym kinie wojennym”. Do tych ostatnich zaliczam się i ja, a pewnie też większość czytelników KMF. I można nad tym faktem ubolewać, tym bardziej, że film „Syberiada polska” spełnia wiele obietnic. Niestety. Mamy bowiem wielki kłopot z polskim kinem wojennym, które chce być oglądane przez miliony, które chce być obecne w dyskusjach; które chce drażnić, zaskakiwać i rozkochiwać w sobie widzów tak chętnie patrzących na czasy już minione, to wciąż o sobie przypominające. Bowiem II Wojna Światowa to – kinematograficznie – tematy ważne i bardzo ważne. Zresztą popatrzcie na kino światowe z setkami tytułów, a szczególnie przypomnijcie sobie zerknijcie na polską tradycję z „Eroicą”, „Popiołem i diamentem”, „Kanałem”, czy niedawną „Różą” i „Obławą” na czele. Wojna jako drzazga – wciąż uwierająca, wbijająca się coraz głębiej, zatruwająca krwiobieg, uniemożliwiająca normalne, zdrowe trwanie, życie. Nie chodzi o bagnet wbity pod płuco, brud, smród, trupa w kanale, gwałt na niewinnych – wojenne okrucieństwo niszczy tak naprawdę człowieka od wewnątrz, powoduje jego moralne gnicie, kompletne zagubienie w rzeczywistości. Jak można łatwo oceniać coś, co wymyka się wymyka jednoznacznej definicji, co tak bezczelnie i jawnie atakuje, niszczy, przewartościowuje? Nie da się. I z tego założenia wychodził Wajda, Munk, Smarzowski, Kutz, Rożewicz i wielu innych twórców, dla których doświadczenie wojny ma więcej wspólnego ze śmiercią duszy niż ciała. Gdzie jest dusza Sybiraków Zaorskiego? Na pewno tkwi na sielskiej, anielskiej wsi skąpanej w starych drzewach, krzakach z soczystymi owocami. Krótki idealistyczny wstęp Zaorski przerywa nagle. Noc, 17 września 1939 – pojawiają się radzieccy żołnierze, którzy każą mieszkańcom pakować szybko manatki, wejść do wagonu i jazda w nieznanym kierunku. Tyle by było. Nikt się nie buntuje, nie zadaje pytań, nie krzyczy, nie płacze, nie histeryzuje. Filmowa dramaturgia na poziomie zerowym, choć wywózka taka nie była, czyż nie? Dostajemy pewien fakt – mieszkańcy wsi sielskiej, anielskiej zostali przesiedleni. Kłopot „Syberiady” właśnie wiąże się z faktami, które są pozbawione ludzkiego, emocjonalnego pierwiastka. Bohaterowie są bez charakteru, miejsce kaźni nie budzi przerażenia, społecznością nie targają wątpliwości. Rozpoczyna się pewien niedorobiony ciąg scen powiązanych jakoś ze sobą, ale nie na tyle związanych, aby uznać je za fabułę. Przesiedleńcy trafiają do obozu pracy. Wciąż żadnych pytań – dlaczego tam się znaleźli, co z nimi będzie? Teoretycznie jest to bardzo empatyczna sytuacja – oni-przesiedleńcy nie wiedzą, my-widzowie również nie wiemy. Ale nie słyszymy także ich rozmów, ich scenariuszy wydarzeń, przewidywań, zmartwień, beznadziei. Nie wchodzimy w ich ówczesne życie pełne bólu, goryczy – przesiedleńcy są dość anonimową grupą smutnych ludzi w łachmanach. Są tylko fakty, portrety: jest kochająca się rodzina. Jest praca, której wykonanie gwarantuje przetrwanie. Coraz więcej osób umiera z powodu chorób, wycieńczenia. Pojawiają się małe i wielkie miłości, zauroczenia. Ot, płytka kronika obozowego życia, obrazująca trudny czas, ale bez ładu i składu; bez pomysłu na coś, co pociągnie fabułę do przodu. Co prawda jest tu jedna mocniejsza scena (w łaźni), lecz w kontekście bardzo delikatnej całości jest znaczenie jest niewielkie – Zaorski nie dopuszcza do głosu odwagi w pokazywaniu trudów życia w obozie, brutalnego i nieprzewidywalnego tła. Jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy jest obecny tylko w wątku Sonii Bohosiewicz, która staje się dziwką jednego z oficerów, bo wie, że tylko w ten sposób może zapewnić sobie i swojej rodzinie odpowiednie bezpieczeństwo. To, co się wydarza w związku z romansem, mogłoby być świetnie rozegrane w dalszej części filmu, ale grzęźnie w zapomnieniu i sztampie, niestety. Sztampa to zresztą słowo-klucz do „Syberiady”. Począwszy od demonicznego szefa obozu („jak ja was, Polaków, nienawidzę”), który grozi, krzyczy, stroi tęgie miny i oczywiście, jak to Ruski, chleje wódę, przez sposób obrazowania biedy i chorób, a kończąc na ojcowsko-synowskiej miłości, która sprowadza się do głaskania po polikach i patrzenia przez długie sekundy prosto w oczy. Tutaj wściekłość i poczucie beznadziei dostaje przejaskrawione, teatralne wręcz momenty z krzykiem skierowanym w niebiosa w roli głównej, choć ani wcześniej, ani później nic głównego bohatera do takiej wewnętrznej desperacji nie pchało. Jest tutaj wiele upchanych scen, które z same z siebie są całkiem w porządku, ale „Syberiada” jako całość się nie klei, nie wzrusza i nie rusza. Wojna, tragedia, śmierć, gwałt – obecne na ekranie – są dotknięte powierzchownie, z dala od jakichkolwiek emocji. Na pewno nie ma w tym winy aktorów, którzy robią co mogą z bardzo płaskimi postaciami. Dobry jest Adam Woronowicz, choć nie ma on tak naprawdę niczego wielkiego do przekazania oprócz spojrzeń pełnych troski. Nie przeszkadza młody aktorski narybek, czyli Krucz, Rybicka i Więdłocha, którzy starają się, raz lepiej raz gorzej, wykrzesać z szablonowych postaci trochę życia. Wielki Jan Peszek nie dostaje niczego adekwatnego do swego talentu, więc idealnie wpisuje się w mdłe tło. Co oni mogą? Skoro scenariusz jest do bani, a reżyser nie ma absolutnie żadnego pomysłu na film, to co oni, biedni, mogą zrobić? Janusz Zaorski, zawiadowca tego projektu, ma gdzieś konstrukcję postaci: nie poświęca im miejsca, nie zagląda w ich dusze, nie stawia ich w sytuacjach skrajnych, mimo że Sybir tego się domaga, a widz chciałby dopingować w walce, kibicować, kiedy trzeba, płakać na widok śmierci, czuć bezsilność, niezrozumienie, tęsknotę. Tego wszystkiego w „Syberiadzie polskiej” nie ma – są tylko pozy. Jest ciało, nie ma duszy. Winą Zaorskiego jest to, że uwierzył w nośność tematyki, bez oglądania się na możliwości. Ważki problem, z którego podniesienia jest dumny, zasłania to, co zwykle nazywa się niechlujnością. Pomińmy kwestię przyczyny i skutku, które są często nieobecne, a co objawia się również w tak błahej sprawie jak wygląd bohaterów, w tym dzieci, który w ciągu 7 lat ani trochę się nie zmienia. Dziury fabularne, montażowy chaos – to widać na pierwszy rzut oka. Choćby scena, w której Woronowicz nagle znajduje się poza obozowiskiem i gdzieś idzie, niczym bohater „Jeńca”. Jakim cudem mógł wyjść z obozu? Kto mu na to pozwolił? Przecież przed momentem został namaszczony na człowieka odpowiedzialnego za wszystkich przesiedlonych. Odpowiedź na to, gdzie jest i po co poszedł pada dopiero po kilku kolejnych scenach. Jego wędrówka służy jednak wyłącznie kilku pocztówkowym ujęciom z samolotu (z nieraz trzęsącą się kamerą!) oraz zdjęciom stareńkiej cerkwi. Łał. A czyste, wypolerowane paznokcie? Świeżo umyte włosy u wyswobodzonej ofiary łagru? Nienaganna cera kobiet? Białe zęby? Duperele, ale ich widok naprawdę oddala od bohaterów i tragedii, których byli uczestnikami. Już nie wspomnę absurdalnie słabych efektów specjalnych niczym z gier z końca lat 90., bo w polskim kinie to norma i nie ma co się nad twórcami już znęcać. Realizacyjnie „Syberiada polska” to prawdziwa porażka, której nie ratują krajobrazy Syberii – to film bez pomysłu na siebie, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności w zdjęciach, montażu, scenografii.
  11. W przypadku Sugar Mana kampania reklamowa działa na zasadzie miecza obosiecznego. Ciężko sprzedać produkt, który nie zostanie odpowiednio zaprezentowany – szczególnie wtedy, gdy w jego powstaniu nie maczali palców ludzie o rozpoznawalnych nazwiskach. Promocja jest zatem Sugar Manowi niezwykle potrzebna. W tym momencie powstaje jednak mały paradoks wynikający z tego, że siła uderzeniowa filmu Malika Bendjelloula (kto, bez odpowiednio zakrojonej kampanii reklamowej, zdecydowałby się wydać pieniądze na film w reżyserii tego Pana?) wzrasta wprost proporcjonalnie do poziomu naszej niewiedzy na jego temat. Jeśli przed filmem naczytamy się opisów w wirtualnej oraz papierowej prasie filmowej, naoglądamy zwiastunów i poświęcimy kilka minut na przeprowadzenie małego wikipedio-recenzenckiego śledztwa, to czar Sugar Mana bezpowrotnie pryśnie. Jeśli doszedłeś zatem, drogi czytelniku, do tego momentu i nadal nie masz pojęcia o czym jest ten film, to zamknij tę stronę i zarezerwuj sobie czas na seans – nie pożałujesz. Jeśli znasz już historię Sugar Mana, notorycznie zdradzaną nawet w najkrótszych opisach filmu, zachęcam do doczytania recenzji. Przypuszczam, że sporo osób zdecydowało się na kontynuowanie lektury, ponieważ przez ostatnie tygodnie ciężko opędzić się od informacji na temat filmu o Sixto Rodriguezie. To właśnie z jego okazji kampania Gutka po raz pierwszy raz przyjęła konwencję niebezpiecznie zbliżającą się do pospolitego spamowania (Ci, którzy posiadają konto na facebooku i śledzą profil dystrybutora będą wiedzieli o czym mówię). Element zaskoczenia został zatem skutecznie ukatrupiony już przed premierą. Nie zmienia to jednak faktu, że dokument o fenomenie Rodrigueza jest opowieścią niezwykłą. Reżyser przenosi nas na ulice Republiki Południowej Afryki. W czasach szalejącego Apartheidu kraj zostaje w znacznym stopniu odizolowany od tego, co dzieje się poza jego granicami. Młodzi ludzie wiedzą co nieco o amerykańskich i brytyjskich ikonach muzyki rockowej, lecz rynek nie pęka w szwach od kolejnych wydań ich płyt – cenzura robi swoje. Pewnego dnia pojawia się jednak w RPA kopia albumu Cold Fact Sixto Rodrigueza. Nagrania, metodą poczty pantoflowej, docierają do coraz więcej ilości osób. Popularność nieznanego wokalisty i gitarzysty zaczyna osiągać ogromną skalę. Głos Rodrigueza staje się niemal głosem rewolucji doprowadzającej do upadku systemu, z którym walczył Mandela. Istnieje jednak jeden problem – w RPA na temat autora Cold Fact nie wiadomo zupełnie nic ponad to, do czego sam przyznaje się na swoim krążku. Pierwsza część Sugar Mana jest zapisem śledztwa afrykańskich dziennikarzy muzycznych. Mężczyźni zbierają plotki na temat Rodrigueza i koncentrują się na próbie potwierdzenia tej najbardziej niepokojącej. Wedle niej Sixto Rodriguez miał popełnić samobójstwo w trakcie jednego z występów scenicznych. Poszukiwania informacji o muzyku doprowadzają dziennikarzy do niezwykłych wiadomości. Okazuje się, że w USA Cold Fact jest zupełnie nieznany, a o jego autorze niemal nikt nie słyszał. Dalsze śledztwo wpada na trop muzyka. Rodriguez żyje i ma się dobrze. Nie gra od wielu lat, mieszka w skromnych warunkach i pracuje fizycznie. W USA jest szarym obywatelem, w RPA bohaterem większym niż Bob Dylan, Elvis Presley i Stonesi razem wzięci. Dziennikarze namawiają go do odwiedzenia Afryki i zagrania serii koncertów. Historia Sixto Rodrigueza jest tak niezwykła, że z każdą kolejną minutą filmu Bendjelloula utwierdzałem się w przekonaniu, że mamy do czynienia z zabawą konwencją dokumentu. Byłem niemal pewien, że tajemniczy twórca Cold Fact nie istnieje, a mieszkańcy RPA – podobnie jak reszta świata – zasłuchiwali się w tamtych czasach muzyką Hendrixa, Joplin czy Jaggera i ekipy. Zastanawiała mnie jedynie autentyczność utworów, które pojawiały się w tle, choć i to można by racjonalnie wyjaśnić. Lata sześćdziesiąte były w tym względzie tak bogate, że wystarczy zaledwie kilka godzin szukania, aby wpaść na dobre numery, których niemal nikt nie słyszał (polecam Fever Tree!). Każda kolejna minuta filmu wydaje się być coraz mniej prawdopodobną. Rodriguez się odnajduje, godzi się na lot do Afryki, zapełnia ogromne hale sportowe – powstanie z popiołów, jakaś bajka. Okazuje się jednak, że historia muzyka jest całkowicie prawdziwa, a sam film nie jest sprytną manipulacją w stylu allenowskiego Zeliga. W momencie, gdy zdajemy sobie z tego sprawę, to nie sposób się nie wzruszyć lub chociażby uśmiechnąć. Ludzie potrzebują tego typu historii, dlatego tak często sami je tworzą. Kiedy pisze je życie efekt jest jednak o niebo lepszy. Opowieść o Rodriguezie jest niezwykle budująca i pełna nadziei. Tagline produkcji wcale nie mija się z prawdą – Sugar Man w istocie jest jednym z najbardziej optymistycznych i wzruszających filmów ostatnich lat. Podstawową zaletą obrazu jest jednak odkrycie Rodrigueza dla szerszej publiczności. Fascynacja mieszkańców RPA nie jest bezpodstawna. Muzyk nie został gwiazdą jedynie dlatego, że na sklepowych półkach nie było dla niego alternatywy (choć ten fakt z całą pewnością pomógł mu zaistnieć). Cold Fact to naprawdę doskonała płyta utrzymana w klimatach Boba Dylana z czasów od The Times They Are a-Changin’ i Another Side of Bob Dylan aż po lata 70’ . Rodrigueza odróżnia od popularnego kolegi brak maniery country, która zawsze – w mniejszym lub mniejszym stopniu – towarzyszyła stylowi Dylana. Drugi album Rodrigueza (Coming from Reality) znacząco ustępuje debiutanckiemu krążkowi twórcy, dlatego nie uważam, że okrzykiwanie go „zapomnianym geniuszem” czy „muzykiem lepszym od Dylana” jest całkowicie uczciwe. Rodriguez zdecydowanie posiadał talent i serce do muzyki, niemniej los pokierował jego życie w innym kierunku i ciężko stwierdzić czy po kolejnych kilku albumach Cold Fact okazałby się jedynie samotnym przebłyskiem geniuszu, czy jedną z wielu jasnych gwiazd w muzycznej konstelacji artysty. Nie zmienia to jednak faktu, że historia Sixto Rodrigueza rozkłada na łopatki życiorysy większości ikon popkultury. Film Bendjelloula opowiada nam o losach niezwykłego człowieka, ilustrując je niezwykłą muzyką i ciekawymi zdjęciami. Najcenniejszymi elementami Sugar Mana są jednak radość oraz nadzieja płynące z seansu. Reakcje samego muzyka, jego córek, mieszkańców RPA i afrykańskich dziennikarzy są po prostu bezcenne. Rzadko zdarza się nakręcić dokument, który – pozostając blisko faktów – niepostrzeżenie zamienia się w krzepiącą bajkę. Tym razem ta trudna sztuka się udaje. Gorąco polecam! http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=qyE9vFGKogs
  12. Nie trudno zrozumieć głównego bohatera „Turystów”, Chrisa. W jego krwawej odysei kryje się chęć naprawy świata. Zabiera on swoją dziewczynę, Tinę, na tygodniową wycieczkę szlakiem swoich ulubionych miejsc – m.in. muzeum tramwajów w Crich, muzeum ołówków w Keswick – lecz co rusz natykają się na ludzi, którzy zachowują się niekulturalnie, tak wobec nich samych, jak i tych zabytkowych punktów. Dobre maniery i szacunek są dla Chrisa tak ważne, że ich brak równoznaczny jest ze śmiercią. Jeśli więc śmiecisz, zginiesz. Jeśli wywyższasz się ponad stan, kpiąc z niżej usytuowanych, zginiesz. Jeśli nie potrafisz docenić dębu Bartka, zginiesz. Chris krwawo rozprawia się z kolejnymi przejawami chamstwa, bo zatruwają one nie tylko jego życie, ale i cały świat. Think green. Natomiast trzydziestokilkuletnia Tina, żyje stłamszona przez matkę, która wysysa z niej wszystkie siły życiowe, obwiniając ją na okrągło o śmierć ukochanego psa, Poppy. Tygodniowy wypad na łono natury wozem campingowym Chrisa ma nie tylko służyć seksualnym przygodom obojga, ale wyzwoleniu się, chociaż na chwilę, spod myśli o chorej matce. Jednak z czasem Tina orientuje się, jakim oryginałem jest jej chłopak, i wkrótce zaczyna brać czynny udział w kolejnych zbrodniach. Ciekawe, co by pomyślała matka Tiny widząc ją i Chrisa w akcji? „Turyści” są czarną komedią w reżyserii Bena Wheatleya, którego zrealizowany rok wcześniej „Kill List” umieścił na mapie nowych talentów brytyjskiego kina. Film ten był posępnym kryminałem, który, podobnież jak „Harry Angel”, stopniowo zamieniał się w horror z zaskakującym finałem. Sporo w tamtym obrazie nie miało sensu, lecz był to świadomy wybór reżysera, aby niektóre elementy układanki zwyczajnie pominąć – bardziej zależało mu na zszokowaniu widza i zostawieniu go w pozycji skrajnego osłupienia niż wytłumaczeniu mechanizmów rządzących światem przedstawionym. Nowa propozycja Wheatleya jest już bardziej klasyczna w formie narracyjnej, ale niekoniecznie w przekazie. Wszakże, czarna komedia to gatunek niełatwy w realizacji, i nie dla każdego widza. Fanów tego typu kina jednak zachęcam – „Turyści”, choć fabularnie mało efektowni i miejscami przewidywalni, nadrabiają makabrycznym humorem oraz ciekawym rysunkiem postaci. Ciekawostką jest fakt, że scenariusz jest dziełem odtwórców głównych ról, Alice Lowe i Steve’a Orama, nieco lepiej wywiązujących się ze swojego aktorskiego zadania niż pisarskiego. Chris i Tina, już na pierwszy rzut oka, są inni. On, łysiejący brodacz, miłośnik zabytków i samozwańczy pisarz, pozornie spokojny typ, w rzeczywistości nerwus i zazdrośnik. Często nagina swoje zasady, aby zabić osoby, których zwyczajnie nie lubi. Dla przyjaciół jednak, najlepszy kumpel pod słońcem. Ona, przypominająca zagubioną Kristen Wiig, boryka się z winą za śmierć pieska i z odpowiedzialnością za chorowitą (i wyjątkowo złośliwą) matkę. Marzy o romantycznej miłości i równie romantycznej śmierci, trzymając ukochanego za rękę i skacząc z nim w przepaść. Oboje potrzebują kogoś z kim mogliby podzielić się swoimi rozterkami i znaleźć wspólny język. Największy żart reżysera polega na tym, że im bardziej się do siebie zbliżają, tym bardziej widz jest świadomy tego, że wiążąc się ze sobą, Tina i Chris popełnili błąd swojego życia. Jednym z producentów filmu jest Edgar Wright, którego „Hot Fuzz – ostre psy” również bazował na umiejscowieniu krwawego spektaklu na tle malowniczej i spokojnej angielskiej wsi. Także i w tamtym filmie morderstwa chciano niejako usprawiedliwić, lecz Wheatley kpi z takiego chorego światopoglądu jeszcze bardziej. Wraz z kolejnymi morderstwami Chris staje się ostoją rozsądku i jakichś zasad, natomiast Tina coraz bardziej popada w niczym niepowstrzymaną żądzę mordu. W momencie, gdy ludzkie życie znaczy tyle, co nic, lepiej zabijać zgodnie z własnym kodeksem, niż na oślep. Z drugiej strony, czy to nie jest tak, że Tina zabija dla Chrisa? Z jej ręki giną ludzie, którzy „zagrażają” ich związkowi. Wheatley nieprzypadkowo zaczyna i kończy swój film piosenką „Tainted Love”, lecz dopiero finalna scena wyjaśnia nam, dlaczego wybrał ten właśnie utwór. Wcześniej Chris spotyka na swej drodze sympatycznego rowerzystę w pojeździe własnego pomysłu, i wyraźnie dystansuje się od Tiny, z czym trudno jej się pogodzić. Czyżby tak miał wyglądać koniec ich związku? Jest w „Turystach” sporo śmiechu ze śmierci i z „miłości”. Reżyser w bezpardonowy sposób pokazuje nam sceny mordów, nie oszczędzając nam nawet biednej Poppy (psina ginie w oryginalny sposób, którego nie zdradzę). Nie jest to kino dla wrażliwych, lecz idąc na czarną komedię należy tego oczekiwać. Ale pod wylewającym się z ekranu makabrycznym humorem dostrzec można również refleksję nad próbą zrozumienia drugiego człowieka. Za spaczoną filozofią Chrisa kryje się bowiem potrzeba znalezienia osoby, która go zaakceptuje takim, jakim jest. Również Tina chce poznać kogoś, kto wypełni pustkę i beznadzieję jej życia. Marzenie o samobójstwie może się w końcu ziścić, albo może przyjąć styl życia Chrisa, zabijając kolejnych ludzi. Pewne jest, że na końcu czeka śmierć – z otwartymi ramionami, szczerząca zęby i… słuchająca „The Power of Love” Frankie Goes To Hollywood?! Dla Wheatleya nawet ta refleksja jest okazją do żartu. Kto by się tego spodziewał po reżyserze ponurego „Kill List”? http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=JyySGANvRsI
  13. Polscy widzowie długo musieli się naczekać, nim „Kwiaty wojny” trafiły do dostępnych im kin. Ta chińska produkcja miała bowiem swoją światową premierę już w grudniu 2011 roku. Biorąc pod uwagę wyraźne uprzedzenie rodzimych dystrybutorów do kinematografii azjatyckiej, wypada cieszyć się, że film ten – choć w ograniczonej liczbie kopii – w ogóle trafił do naszych kin. Z pewnością duża w tym zasługa udziału w produkcji amerykańskiej gwiazdy, Christiana Bale’a, stanowiącego marketingowy magnes dla dystrybucji zachodniej. Nie należy jednak zapominać, że głównym powodem, dla którego film ten wart jest uwagi, kryję się w osobie reżysera Yimou Zhanga- czołowego przedstawiciela Piątej Generacji twórców kina chińskiego, znanego z takich filmów jak „Zawieście czerwone latarnie” czy „Hero”. Podstawą treści jego najnowszego filmu stały się wydarzeniach z przełomu 1937 1938 roku, kiedy w mieście Nankin, ówczesnej stolicy Republiki Chin, dokonała się tak zwana „masakra nankińska”. W owym czasie japońscy żołnierze wymordowali około 250 tysięcy mieszkańców miasta. Dopuścili się także licznych gwałtów na kobietach i dzieciach, przez co wydarzenia te zamiennie nazywane są „gwałtem nankińskich”. Fabuła filmu oparta jest na powieści „13 kwiatów z Nanjing”, gdzie tragiczne rozdziały historii Chin pełnią rolę narracyjnego punktu wyjściowego. Akcja filmu rozpoczyna się więc tuż po masakrze dokonanej przez Japończyków. Poznajemy amerykańskiego grabarza, Johna Millera, który przybył do Nankin w celu pochowania proboszcza katolickiej diecezji. Świątynia ta okazuje się być azylem, w którym na czas wojennych działań schować może się zarówno główny bohater jak i młode uczennice, uciekające przed japońskimi oprawcami. Do kościoła trafia także grupka kurtyzan ze słynnego domu uciech, znajdującego się nad rzeką Qin Hai. Nie trudno domyślić się, iż to one okazują się być tytułowymi kwiatami wojny. Po niedługim czasie John Miller przywdziewa strój księdza, by pomóc w przetrwaniu skrywającym się w budynku dziewczętom i przygotować plan ucieczki. Najważniejsze w tym obrazie jest to, że nie pełni on roli rozliczenia z tragiczną historią narodu chińskiego. Kontekst jaki obiera Zhang od początku nakierowany jest na dramat postaci, umieszczonych w samym środku piekła zgotowanego przez japońskiego nieprzyjaciela. Chińska martyrologia pełni więc w tym obrazie rolę tła, nadającego barwę przedstawionym wydarzeniom i podkreślającego płynący z nich morał. Na pierwszym planie tej opowieści stoją dylematy moralne, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie. W kościele uwięzieni zostają osobnicy, którzy względem siebie są całkowicie odmiennie ukształtowani etycznie. John Miller to zapatrzony w siebie egoista nie stroniący od alkoholu. Prostytutki symbolizują świat rozpusty, a uczennice harmonię i prawość. W obliczu zagrożenia cała grupa musi zacząć ze sobą współpracować, znaleźć nić porozumienia dającą nadzieje na przetrwanie. Po tym jak giną kolejne osoby, dokonuje się przemiana w postawie głównego bohatera, a także trzynastu prostytutek. Budynek kościoła prócz niezbędnego schronienia daje więc możliwość do duchowej metamorfozy- tym samym pośrednio podkreślona zostaje jego symboliczna rola w opowiadanej historii. W dziele Zhanga znajdziemy pochwałę altruizmu i bohaterstwa, których zalążki- okazuje się- drzemią w każdym z nas. Idea poświęcenia się dla dobra drugie- często słabszego- człowieka, może i jest wyświechtana, acz wciąż w swym znaczeniu uniwersalna. Lubię środki stylistyczne, które charakteryzują styl chińskiego reżysera. Nie znam drugiego twórcy, który w tak osobliwie subtelny sposób, potrafi operować techniką slow motion. Efekt ten służy poszczególnym scenom w nadaniu im odpowiedniego wydźwięku, podkreślenia ich znaczenia. Często nie jest rezultatem kolejnej sekwencji akcji, przez co nigdy nie odnoszę wrażenie, że jest bezmyślnie nadużywany. Autor niewątpliwie potrafi wykorzystać ukrytą magię, tkwiącą w spowolnionych w czasie obrazach. „Kwiaty wojny” – jak większość filmów Yimou Zhanga – stoi solidną oprawą wizualną. Najbardziej przykuwa uwagę scenografia, której twórcy odwalili kawał dobrej roboty, tworząc niezwykle wiarygodny obraz miasta dotkniętego wojennym zniszczeniem. W docenieniu ich kunsztu pomagają także wyjątkowej jakości zdjęcia autorstwa Xiaodinga Zhao, który wcześniej pracował z reżyserem choćby przy „Domie latających sztyletów”. Całość podkreśla niezwykle głęboka i melodyjna oprawa muzyczna, wzmocniona charakterystycznym smyczkiem Joshuy Bella, która umiejętnie dopełnia wzniosłą atmosferę dzieła. Nowy film Zhanga cierpi na kilka uproszczeń i nielogiczności (cudowne nawrócenia, czy zachowania prostytutek narażających życie podczas poszukiwań pozostawionych w dawnym miejscu zamieszkania przedmiotów), aczkolwiek można uznać je za elementy pewnej konwencji. „Kwiaty wojny” to bowiem przyzwoicie skrojony melodramat wojenny, przywołujący ważne dla martyrologii chińskiej wydarzenia. Zhang nie szczędzi nam obrazów makabry, nie stosuje półśrodków. Znamienne jest jednak, iż całość owiana jest wyjątkowo romantyczną aurą, która niesie sobą szlachetne przesłania. Film wypełniony jest więc kontrastującymi ze sobą – na poziomie symboliki i struktury narracyjnej – obrazami. Pod tym względem jest dramatem nietypowym, nie tak oczywistym i łatwym w odbiorze jak mogłoby się wydawać. http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=31LDfyMslQk
  14. Człowieka nachodzą bardzo konkretne skojarzenia, gdy słyszy nazwisko Hitchcock, nie bez powodu nazywanego „mistrzem suspensu”. W pierwszej kolejności widzi przed oczami ptaki atakujące Tippi Hedren, posągową Kim Novak z „Zawrotu głowy”, aparat Jamesa Stewarta z „Okna na podwórze”, ale przede wszystkim scenę pod prysznicem z „Psychozy”. Te obrazy na trwale zapisały się w historii kina, czyniąc z ich twórcy ikonę X muzy, człowieka symbol, i, być może, najbardziej wpływowego reżysera wszechczasów. Wszyscy kradli od Hitchcocka, kradną i kraść będą – jest jak „Matrix”, lecz moda na film Wachowskich przeminęła, na Hitcha zaś będzie trwać zawsze. Aż dziw bierze, że filmów o samym Hitchcocku powstało do tej pory tak niewiele. Wyświetlany parę lat temu w kinach „Dubel” Johana Grimonpreza był eksperymentalnym kolażem materiałów archiwalnych, z których otrzymaliśmy historię spotkania słynnego reżysera ze swoim sobowtórem. Zeszły rok natomiast przyniósł nam dwie produkcje opowiadające o realizowanych przez Hitcha klasykach: w nakręconej dla HBO „Dziewczynie Hitchcocka” Juliana Jarrolda oglądamy mistrza przy pracy nad „Ptakami”, zaś we wchodzącym na ekrany naszych kin „Hitchcocku” Sachy Gervasiego fabuła skupia się na powstaniu „Psychozy”. W tym drugim filmie, Alfred Hitchcock (Anthony Hopkins) wychodzi z premiery swojego „Północ – północny zachód” w glorii chwały, lecz, zapytany przez dziennikarza, czy w wieku 60 lat i po zrobieniu tylu genialnych filmów, myśli o emeryturze, nie odpowiada. Nazajutrz, czyta w gazecie, że pojawili się nowi twórcy, którzy w niczym mu nie ustępują, co dodatkowo psuje mu humor. Postanawia udowodnić tak innym, jak i sobie, że potrafi jeszcze zaskoczyć, i na swój kolejny projekt wybiera adaptację „Psychozy” Roberta Blocha inspirowanej prawdziwym przypadkiem psychopatycznego Eda Geina. Studio chce eleganckiego thrillera, jak poprzednie filmy Hitchcocka, nie zaś poronionej historii o mordercy i transwestycie z kazirodztwem w tle. Co więcej, nawet żona Hitcha, Alma (świetna Helen Mirren), początkowo jest zaskoczona wyborem męża, bardziej skłaniając się ku adaptacji książki jej przyjaciela, Whitfielda Cooka (Danny Huston ze sprawdzonym zestawem uśmiechów na każdą okazję). Alfred jednak upiera się przy swoim, i wkrótce zdjęcia do „Psychozy” ruszają. „Hitchcock” nie jest filmem stricte biograficznym. Obserwujemy jedynie wycinek z życia reżysera i jego pracę nad swoim, prawdopodobnie, najwybitniejszym dziełem. Gervasi największy nacisk kładzie na relacje między Hitchcockiem i Almą, ale w sposób całkiem zaskakujący, bowiem żona okazuje się mieć nie mniejszy wpływ na powstanie filmu niż jej genialny mąż. Pomysł na „Psychozę” narodził się w jego głowie, lecz w chwilach kryzysowych to ona wykazywała największą inicjatywę. A oboje mieli się o co martwić – pieniądze na realizację zdobyli zastawiając swój dom, ciągłe spory z szefem studia filmowego oraz cenzorami mocno denerwowały Alfreda, nie mówiąc o osobistych problemach związanych z osobą Whita Cooka. Jest i Ed Gein. Pierwowzór postaci Normana Batesa nawiedza reżysera kilkakrotnie podczas realizacji „Psychozy” – raz wysłuchuje jego wynurzeń jako psychoterapeuta, innym razem znajduje obciążające Almę dowody na niewierność. Póki zdjęcia do nowego filmu trwają, Hitchowi trudno uwolnić się spod wpływu wyimaginowanego „przyjaciela” (wciela się w niego, jak zwykle złowieszczy, Michael Wincott). Również pociąg do młodych blond aktorek nie ułatwia życia, tak Alfredowi, jak i Almie, która jednak doskonale zdaje sobie sprawę ze słabości swojego męża. Niestety, tak ciekawa fascynacja (czy wręcz obsesja) Hitchcocka blondynkami jest w filmie Gervasiego jedyne delikatnie zarysowana, i, poza doskonałą sekwencją realizacji sceny pod prysznicem oraz wzmianką o „zdradach” jego aktorek, nie zostaje w pełni wykorzystana. Dużo w „Hitchcocku” jest humoru, zresztą, jak na tematykę, jest to wyjątkowo lekki film. Reżyser i scenarzysta uśmiechają się, gdy scenarzystą „Psychozy” zostaje Joseph Stefano, zatrudniony przez Hitcha, bo przez „seks, gniew i matkę” trafił na kozetkę lekarską. Również Anthony Perkins dostaje angaż do roli Batesa ze względu na podobieństwo (nie fizyczne) do postaci. Metody Hitchcocka na sukces filmu są niezłym żartem, choć tak właśnie było – kazał on swoim ludziom wykupić cały nakład książkowego pierwowzoru „Psychozy”, zaś aktorzy i ekipa musieli przysiąść, że nikomu nie zdradzą zakończenia. Najwięcej jednak śmiejemy się z samego mistrza suspensu, a to, gdy Alma karci go za obżarstwo, a to gdy wita się ze swoimi pieskami, a nawet w momencie prac w ogródku, gdy w nieodłącznym czarnym garniturze bawi się sekatorem. Ciemna strona Hitchcocka jest przesłonięta przez tę jasną – kochającego męża i sympatycznego starszego pana, uwielbiającego żartować, nawet jeżeli innym wcale nie jest do śmiechu. Nie świadczy to jednak o słabości „Hitchcocka”, a jedynie odmiennym punkcie widzenia. Powstał film oddający sprawiedliwość wielkiemu twórcy, który borykać się musiał tak z przeciwnościami z zewnątrz, jak i własnymi demonami. W tym portrecie Hitcha gubi się nieco sama „Psychoza” i proces jej tworzenia – jesteśmy świadkami kręcenia scen tylko z Janet Leigh (bardzo dobra Scarlett Johansson), zaś niesamowicie podobny do Perkinsa James D’Arcy gra tu trzeci plan. Na dodatek, w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że aby stworzyć arcydzieło wystarczy porządny montaż oraz muzyka Bernarda Herrmanna. Przez jeden szkopuł muszę jednak zaniżyć ocenę filmu Gervasiego. „Hitchcock” otrzymał w tym roku nominację do Oscara w kategorii najlepsza charakteryzacja, i sądzę, że nie dało się lepiej zrobić Alfreda Hitchcocka z Anthony’ego Hopkinsa. Ale pod całym tym lateksem, ciężko dostrzec jakąkolwiek mimikę. Czy był to świadomy wybór aktora, aby zagrać reżysera „Psychozy” z jednym, wręcz nieruchomym wyrazem twarzy, czy też charakteryzacja nie pozwoliła mu na więcej swobody? Miałem trudności ze stwierdzeniem, co czuje w danej sytuacji bohater, i jakie emocje rysują się na jego twarzy. W wielu momentach stwierdzałem, że żadne. Nawet cień Hitchcocka jest bardziej wymowny.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...